Pierwszy wypad na morze…
06-22-09
Achoj! szczury lądowe…
Miałem jechać na morze i pojechałem. Zrozumiałem co tak ludzi ciągnie na morze i z całą pewnością na nie wrócę ale z jeszcze większą pewnością nie za szybko ale o tym pozniej.
Założenie rejsu było takie: Rejs s/y Politechniką z Gorek Zachodnich do Świnoujścia z drobna sugestią że Borncholm odwiedzimy. Jak sie rejs skończył? będzie na końcu…
Wyjazd rozpoczął się od 100min. opóźnienia naszego kochanego pociągu pośpiesznego PKP. Także na wschodniej swoje 2h odstaliśmy we 3 osoby bo reszta spotkała się na Centralnym. Zastanawialiśmy się czy nie wsiąść w cokolwiek i nie podjechać na ten Centralny ale jakoś tak wyszło ze w końcu nie pojechaliśmy.
W pociągu mieliśmy cały przedział, jedna osoba jechała IC ( miała jechac chyba 2h po nas a odjechaliśmy chyba równocześnie ), a wieczorkiem dojechała jeszcze jedna osoba.
Podróż do Gdańska była powolna, co chwile pociąg stał i puszczał inne pociągi, poprostu masakra.
Do Gdańska jakoś dojechaliśmy, potem tylko autobusikiem linii 111 i do Górek Zachodnich do portu. Kawałem do przejścia było, potem wobiliśmy się na keje i doszliśmy naszego celu ![]()

jach typu jol, Opal S/Y Politechnika
Zrzuciliśmy bagarze i się zaczęło. Jakieś naprawy, wietrzenie, zakupy, obiadek, teochę telefonów że coś nie działa i co to może być… takie tam… Wieczorkiem po browarku i spać bo następnego dnia wstajemy o 500 i ruszamy
Niedziela
Wstaliśmy o 5 rano ogarneliśmy się i już chyba 555 w dzienniku pokładowym pojawiła się notka że wypłyneliśmy. Śniadanie było zaplanowane na wodzie na 8 rano na zmianę wacht, ale że 4 osoby były na moru pierwszy raz to dopadła nas choroba morska ( między innymi także naszego cook’a ). Zatoka gdańska dała się nam weznaki i pamiętam tylko tyle ze śniadania cook nie był w stanie zrobić
. Mnie dopadło gdzieś około 13, szybkie wydalenie tego co sie chciało wydostać za burtę i chorobe moską jak ręką odjoł. Akurat od 12 miałem wachte z Maćkiem. Potem o 14 zmiana wacht kolejna o 16. W między czasie celem stało się Władysławowo. Odpoczynek dla osób wymęczonych przez chorobę morską i dalsze zaopatrzenie się na drogę – w niedzielę zrobilismy zakupy które poza pieczywem starczyły nam do kolejnej soboty ;p.
We Władysławowie odwiedziłem lidla i biedronkę w celu zakupienia grilla, Asia zagłosowała w wyborach do UE. Potem gofry na deptaku, i powrót plażą do portu. Potem udka kurczaka z grilla upolowanego w biedronce bez 1 nogi i śróbek do skręcania oraz piwko. I dobranoc.
Poniedziałek
Wstali
śmy jakoś rano, chłopaki załatwili butle z gazem, część z nas poszła na zakupy, wymieniliśmy trochę waluty, zatankowaliśmy małe zbiorniczki ( 120l i 180l ropy) i wypłyneliśmy obierając kierunek Christianso ( mała duńska wyspa obok Borncholmu – na mapie widać tam zwrot na środku morza ). Wyruszając z Władka było chyba całkiem spokojnie. Potem troche pogrzmiało i się pobłyskało i przyszedł pierwszy strach – “AAAaaa BURZA na morzu!, mi to sie zawsze K…. przytrafi” – akurat moja wachta chyba wypadała wtedy. Powiało, poblyskało się, popadało i przeszło. Potem jak to po burzy wyszłu super słońce które towarzyszyło nam do końca dnia.
W międzyczasie napewno był jakiś posiłeczek a na koniec dnia genialny zachód słońca.
Wtorek:
Poranek zaczeliśmy flautą – podobno w czasie wachty 400-800 zrobiliśmy całe 1,5 mili morskiej czyli jakies 2700m. Spokojne śniadanko, bez pospiechu. Potem silnik poszedł w ruch co by w kierunku Christianso troche podgonić. Potem przyszły wieksze fale, wydaje mi sie ze ze 2,5m mogły mieć ale ciężko mi oceniać bo tego dnia wyrabiałem okrętową norme snu dziennie także wiele nie pamiętam poza faktami że mijakismy jakiś mały kontenerowiec i 3 okręty wojskowe Danii. Na Christianso dopłyneliśmy ok 2200 ale też moge się mylić bo znów spałem. Ekipa zrobiła szybką rundkę po wyspie, potem po browarku albo i po dwa i spać.
Środa:
Następnego dnia podnieślismy się jakoś normalnie pewno w okolicach 800, od bosmana dostaliśmyu ulotki w rodzimym języku ( naszym, nie jego ). Szybkie mycie i zwiedzanie wyspy w ciągu dnia. Woda byłą tam taka przejrzysta ze na 4,5m było widać doskonale dno i co na nim leży a to przecież był port na Bałtyku!!
Wyspa ma zaledwie 100 mieskzańców, nikt nigdzie sie nie śpieszy, domy pobudowane w 1730 roku, latarnia morska, skalne pojemniki na deszczówkę jako wodę pitną…naprawde inna rzeczywistość.
O 1130 miał jakiś prom wycieczkowy chyba przypłynąć więc musieliśmy się zawinąć. Kolejny raz na wodzie tym razem niedaleko. Piękna pogoda, karty na pokładzie, kawki, zupki, kanapeczki, kisielki i budynie(tzw. packman) – od razu widać że pogoda dopisuj
e.
Do Nexo dopłyneliśmy jakoś ok 1800. W porcie stołowali się już rodacy którzy koniecznie chcieli pomóc przy cumowaniu. Tylko zamiast powiązać cumy do polerów to ciągneli oni i my – a przesunąć 18tonową łajbę nawet po wodzie to nie jest najłatwiejsza sprawa. Ale w końcu się udało, zamumowaliśmy i pierwsze co to inwazja na miejscowy sklep – PIWO! bo zapasy na jachcie ulegly rozkładowi.
Znaleźliśmy jakiś sam a w nim bankomat. Generalnie Dania dla Polaka NIE jest tanim krajem. W przeliczeniu snickers u nas ze 1,5zł tam 9,95korony ( 1 korona 0,64 co nam daje 6,30zł za batonika
), K. wyszperał swym czujnym okiem piwo po jakies 2 korony chyba, a W. zadzwonił do kolegi który pracował w danii 3 m-ce coby piwko doradził. No i dobrze doradził – Tuborg Classic. 40koron za 6×0,33 ale było całkiem dobre.
Potem powrót na łajbę, degustacja nabytych trunków.
Po degustacji poszliśmy się poogarniać – prysznic wskazany
( 4 min 5 koron ), a potem ktoś obczaił otwartą pizzerie to się wybraliśmy i całkiem dobre pizze były i prawie w akceptowalej cenie. AAaa bym zpaomniał w międzyczasie jak przypłyneliśmy i byliśmy na zakupach trzeba było zaplacić za port to teżbyły jakieś jaja. Jakiś koleś przyjechał po pieniądze i że jemu trzeba teraz natychmiast zapłacić bo mamy tylko godzinę na to i wogóle – potem kapitan powiedział że Polacy robią straszną wieś w świecie i uciekją z portów nie płacąc, a najtańszy ten port to nie był – Władek 55zł Nexo niecąłe 200koron.
Czwartek:
Wstaliśmy nie śpiesznie, bo mieliśmy wyplywać o 12. Śniadanko, kupno chebka jakiegoś i komunikat pogodowy mówiący że idzie sztorm. Zebraliśmy się na 10, dotankowaliśmy wodę i wypłyneliśmy w kierunku portu końca podróży – Świnoujścia. Szliśmy z jakimiś 2 czy 3 jednostkami ale 2 były ponoć lżejsze i nas szybko odstawiły. A my swoim kursem na świnoujście szliśmy kilka godziń. Nie wiem czy tylko ja byłem taki zestresowany i wyczuwałem napięcie czy faktycznie jakieś było w powietrzu. Dwóch panów napaliło się na sztorm no i się doigrali. Ok 22 kilkanaście Mil od Świnioujścia przyszedł sztorm. Akurat chwile wcześniej wyszedlem na pokład bo zbliżała się moja wachta 000-400. Ale jak pszyszedł sztorm i trzeba było na dziobie przy żaglach coś robić, przy wietrze 9B-10B i nie małych falach w ciemności, z oświtleniem tylko z pod salinga to tak naprawne mnie sparaliżował strach. Przytuliłem sie do kabestanu co by się nie ruszyć i siedziałem. Siedziałem tam tak nie pamiętam jak długo ale napewno przed północą byłem w mesie leżąc w opakowaniu na koji z myślami typu “K…! maćm znów popłynołem pierwszy raz i znowu musi mnie coś takiego spotykać – nzwiązanie do “słynnego” białego szkwału co przeszedł w sierpniu 2 lata temu przez mazury, a to był mój trzeci dzien na łodce wtedy ). Z tego dnia nie wiele pamiętam, pomimo że nie spałem.
W międzyczasie chlopaki walczyli ze sztormem i z żaglami. Stojąc na dziobie fale zalewały ich z każdej strony, pływali w wodzie stojąc na łódce. Woda wlewała się kołnieżem a wylewała kaloszami, także tego samego i kolejnego dnia co chwilę pożyczałem komóś mój suchy sztormiak o kaloszki, przynajmniej tyle mogłem zrobić.
Piątek:
Potem jakoś nad ranem chyba zasnołem i obudziłem się jak A. postawił nas w dryfie w którym notabene “staliśmy” z 10-12h, a fale nadawały nam prędkość wg GPS’u okolo 2 węzłów. Po południu jak Kapitan i A. jakoś odpoczeli to kapitan jakos chyba około 16 wyszedł na pokład i zadządził ze plyniemy. Na samych falach, bez żagli robiliśmy ok 6węzełków. Potem chłopaki szukali foka sztormowego coby założyć bo podczas sztormu porwaliśmy 2 żagle – kliwra II i kliwra III oraz złamaliśmy element płotka sztorm-relingowego. Co było potem nie pamiętam.
Sobota:
Budzę się rano i czuje że coś nami nie targa. Okazało się że sztom się w końcu rozwiał i płyneliśmy w zdłuż wybrzeża do Władysławowa. Poranek jakiś taki normalny był. Ok 13 chyba weszliśmy do Władysławowa. Pierwsze co zrobilismy po dobiciu do keji to wyciągneliśmy flaszki, poczęstowaliśmy Neptuna i wypiliśmy zdrowie Kapitana oraz naszej dzielnej łajby. Potem ogarnianie łodki, suszenie żagli i zawiezienie ich do szycia. Spawanie uszkodzonego płotka. Rozliczenia finansowe, i opinie z rejsu. Czas szybko zleciał, ok 18 poszliśmy na deptak na gofra i zapiekanke. Wróciliśmy po bagarze i poszliśmy na pociąg. ok 1930 przyjechała SMK’ka która zabrała nas do Gdyni. W Gdyni kupiliśmy bilety na naszego pośpiecha do Warszawy, i udaliśmy się coś zjeść, napić… ogólnie to zabić 3 godziny czasu do pociągu. Niedaleko dworca trafiliśmy na otwartą pizzerie, piwko, pizza, rozmowy i czas szybko poleciał.
Na peronie Stawiliśmy się z 30min przed przyjazdem pociągu pełni energii z nastawieniem że wsiadamy do pociągu który bieg zaczyna w Gdyni. A tu znowu PKP zrobilo nam psikusa i pociąg jechał zawalony z Kołobrzegu. Najpierw było bieganie pomiędzywagonami szukając przedziału. Jak się zorientowaliśmy że 70% to rezerwacje kolonijne to zwątpiliśmy i wbiliśmy się przy WC. Potem zmieniliśmy wagon na rowerowy w którym też dlugo nie zagościliśmy bo usłyszeliśmy ze na czole pociągu dostawiają wagon. Nie bardzo myśląc z W. pobiegliśmy na czoło. Ja zostałem łapać przedział, W. polecial po reszte i po rzeczy. 1 wagon ze 100 osób i ograniczona liczba przedziałów. Do wagonu wbijałem się zanim jeszcze się zatrzymał. Potem tylko stwierdzić że przedział zajęty i tyle. W taki sposób zmieniła się nam perspektywa powrotu przy kiblu w jazdę w 6 osób 8 osobowym przedziałem. W nocy sen i o 5 dojazd do Warszawy.
Podsumowanie?
102h pływania z czego 10h na silniku i 424Mm przebytej drogi.
Jak widać na mapce “lekko” nas odwiało ze Świnoujścia.
Na morze na pewno wrócę ale na pewno nie prędko!
ps. sory za polskie krzaczki i interpunkcję. Wszystko co przekręciłem jak to ja mam w swoim zwyczaju prosze poprawiać!

No to się doczekałam. Widzę, że rejs pełen przygód ;D I dobrze – takie się najlepiej wspomina. Oczywiście obowiązkowo browar ;D Na pewno jesteś zadowolony, ale i pewnie niesamowicie zmęczony po powrocie.
A po sesji jeszcze na mazury. Obyś nie miał dosyć po tych wakacjach
Pozdro :*
M
Kurcze, :* czym że zasłużyłem
heh, sorry
to już nawyk chyba…
ale i tak zasłużyłeś ;p tym wyczerpującym sprawozdaniem ;D
ano i w końcu tajemnicza wielbicielka nie?
uhm jasne… widziałaś mnie więc to nie możliwe
owszem, widziałam ;] co z tego wynika?